28 lipca 2017

Test: szelki norweskie Kudłaty Art

Był już test smyczy, przyszła pora na szelki. Chociaż tworzą spójny zestaw, nie taki był plan i nie kupiliśmy ich razem. Wcześniej używaliśmy głównie zwykłych guardów (więcej tutaj), a w bardziej wymagających sytuacjach przerzucaliśmy się na szelki Ruffwear Front Range (dorwane w promocji). W teorii i praktyce nam to wystarczało, ale wpadłam w mały szał (jak na mnie) zakupów, więc i Ku coś się dostało.

Jestem naprawdę zadowolona ze smyczy Kudłaty Art, więc kiedy pojawiła się w mojej głowie myśl o nowych szelkach, od razu wróciłam na ich stronę. Sklep oferuje szelki norweskie, guardy oraz easy walk o szerokości od 1,5 do 4 centymetrów (acz nie w każdym wariancie). Istnieje możliwość podszycia od spodu pianką neoprenową, softshellem, siateczką polarem minky oraz eko skórą, a także wyhaftowania dowolnego napisu. Pełna oferta i cennik są dostępne na stronie.

Nasz wybór

My zdecydowaliśmy się na szelki norweskie, bo nie mieliśmy z nimi wcześniej do czynienia. Wybór taśmy bazowej i wzoru był prosty – podążyliśmy za stylem szelek. Nieco trudniej było z podszyciem, bo rozum i producent podpowiadał piankę neoprenową, ale nie byłam przekonana co do koloru. Na szczęście dostałam zdjęcia zestawiające różne opcje i stanęło na zielonej neonowej piance. Chwilę wahałam się też nad szerokością, ale zostaliśmy przy 2 centymetrach, bo część mostkowa zyskiwała kilka milimetrów dzięki podszyciu (i była to dobra decyzja). Najtrudniejsze było dobre zmierzenie psa. Na stronie jest dość precyzyjna instrukcja, ale chciałam być naprawdę dokładna, więc mierzyliśmy Ku trzy dni kilka razy dziennie. I jak na nasze oko wyszło nieźle.

Szelki Kudlaty Art

Wrażenia

Szelek używamy od dwóch miesięcy i przeszły w tym okresie kilka chrztów bojowych. Przypadły na wszystkim do gustu i wyparły na jakiś czas przewodzące dotychczas guardy, a to między innymi dlatego, że łatwiej jest je zakładać, co szczególnie docenili moi rodzice. Szelki, tak jak smycz, są super lekkie i pewnie dzięki temu Ku specjalnie ich nie zauważa i mam wrażenie, że częściej w nich ciągnie. Leżą dobrze, choć w pewnych pozycjach statycznych stają się luźne, ale to chyba urok norwegów albo sylwetki Ku, bo gdyby skrócić pas na mostku, całość wżynałaby się w pachwinach.

Szelki mają już za sobą wielogodzinne harce w mokrym terenie i przez dwa dni były pokryte zaschniętym błotem. Martwiłam się, że nawet po praniu nie będą idealnie czyste. Na szczęście się myliłam! Do tego w czasie tej zabawy o Ku autentycznie toczyła się walka, a łapanie za uchwyt i ciągnięcie w swoją stronę były strategią jednej z psich koleżanek, ale szelki wyszły z tej potyczki bez szwanku. Z kolei w zeszły weekend pływały z Ku w jeziorze i mimo średniej pogody naprawdę szybko wysychały.

Całość jest oczywiście porządnie wykonana, mamy uchwyt na adresówkę i na pewno będziemy z szelek korzystać długi czas. Tak czy siak, jeśli o sam rodzaj szelek chodzi, to chyba wolimy guardy.

PS. Dzięki szelkom całkiem przypadkiem wygraliśmy konkurs, w którym wcale nie braliśmy udziału. Ku został wybrany Hot Dogiem czerwca, a nagrodą była dowolna obroża. Teraz mamy już prawdziwy komplet, a rok temu nawet bym o czymś takim nie pomyślała 🙂

Kategorie: testy


DODAJ KOMENTARZ

Twój email nie będzie opublikowany, bez obaw!

Brak komentarzy