14 stycznia 2017

Na drodze do luźnej smyczy

Chodzenie na luźnej smyczy to temat, który interesuje każdego, a w szczególności świeżo upieczonego, właściciela psa. W sieci znajdziemy mnóstwo porad, instrukcji i filmów, pokazujących jak oduczyć pupila ciągnięcia. Niestety widać tam tylko psy, które już doskonale wiedzą, jak to się robi. Do tego nigdzie nie jest napisane, jak długo trzeba czekać na widoczne efekty. Nie wykluczone, że zawsze trochę to trwa, w każdym razie my dopiero 5 miesiącach i kilku zmianach strategii możemy powiedzieć, że jest zauważalnie lepiej.

Kuky na Mazurach

Ale od początku – Kuky trafił do nas w wieku około 5 miesięcy, z powodu owianej mgłą przeszłości musiał przejść wszystkie szczepienia od zera i na pierwszy porządny spacer mogliśmy pójść prawie miesiąc później. Początki były naprawdę trudne, z natury ciekawski i towarzyski, wszystko chciał zobaczyć i powąchać natychmiast, a do psów ciągnął z mocą lokomotywy. Szybko zaczęłam więc trzepać internet w poszukiwaniu porad.

Najczęściej wspominana metoda to zatrzymywanie się w momencie, kiedy smycz się napina. W idealnym świecie pies powinien się wówczas uspokoić i spojrzeć na nas pytająco. Ewentualnie zamiast zatrzymać się można zmienić kierunek wycieczki, ale takie rozwiązanie nie sprawdza się, jeśli smycz napina się co chwilę, bo nie ruszymy się z miejsca. My naukę zaczęliśmy od pierwszego wariantu, ale efekty były dalekie od tych opisywanych. Kuku nie bardzo chciał się uspokoić,  a jak już się zatrzymał i zrezygnowany siadał, to raczej nie patrzył w naszą stronę.

Inny sposób polega na przywoływaniu psa sygnałem dźwiękowym w momencie albo nawet jeszcze zanim smycz się napnie. Jeśli pies pójdzie w naszym kierunku i w efekcie smycz luźno zawiśnie, nagradzamy i ruszamy dalej. I tak w kółko, bo właśnie tak to się skończyło w naszym wypadku, a próbowaliśmy dość długo. Kuku przychodził sprawnie, ale zaraz dziarsko ruszał w inną stronę.

Wawoz Turda

O ostatnim sposobie, a także trudnościach związanych z nauką chodzenia na luźnej smyczy przeczytałam na blogu piesdokwadratu. Polega on na tym, by w chwili, gdy smycz się napina, cofnąć się i pracując całym ciałem zawrócić psa w swoim kierunku. Smycz luzujemy dopiero w momencie, gdy pies znajduje się przy nas i niby nigdy nic ruszamy przed siebie. Wpis tchnął we mnie sporo optymizmu, bo w końcu trafiłam na kogoś, kto zmaga się z podobnymi problemami. Z zapałem zaczęłam wdrażać wszystkie opisywane elementy. Niestety, dwa tygodnie prób nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. W naszym wypadku ten sposób sprawdził się najgorzej.

Jednak mój entuzjazm nie opadł, bogatsza o różne doświadczenia i wiedzę postanowiłam wrócić do pierwszej metody i spróbować jeszcze raz. Podeszłam do sprawy minimalistycznie, ale konsekwentnie. Od tego momentu zatrzymywałam się za każdym razem, gdy tylko smycz się napinała, nawet jeśli musiałam to robić co trzy kroki. Nie robiłam nic poza tym, po prostu stałam i czekałam, aż Kuku przestanie ciągnąć w swoją stronę. Czasem stawał tylko w miejscu i czekał, czasem siadał, a innym razem robił zwrot w moją stronę. Zdarzało się też, że próbował przeciągnąć linę na swoją, a kiedy mu się to nie udawało, to zaczynał jęczeć, ale prędzej czy później zawsze się uspokajał. Na początku było ciężko i mozolnie, ale z czasem dystanse pokonywane bez przystanków wydłużały się. Dzisiaj zwykle nie muszę się nawet zatrzymywać – zwalniam, robię jeden długi krok i Kuku już wie, że też musi przystopować. Oczywiście przed nami jeszcze mnóstwo pracy. Kiedy w zasięgu oka jest inny pies smycz jest napięta wręcz permanentnie, ale wiem, że jesteśmy na dobrej drodze do pełnego sukcesu.

Kategorie: wychowanie Tagi: ,